Kiedyś sprawa była prosta: byłam ja i siostra, ja i chłopak (ten albo inny), ja i mąż, a w interwałach po prostu JA - wspaniała i samowystarczalna. Wystarczyło wsiąść do pociągu byle jakiego, ale zmierzającego możliwie w stronę morza, zabrać tę magiczną ilość książek, od której plecy nie pękną, ale i nuda nie zagrozi, pięć swetrów w wersji "wakacje krajowe" lub pięć sukienek w wersji "prawdziwe lato z dala od Polski" - i gotowe! Plaża, piwo, książka, plaża, ryba, książka, spanie bez budzika, piesza wyprawa w nieznane, rowerowa wyprawa w nieznane, chociaż nakreślone palcem na mapce pozyskanej w hotelowym kiosku. Czas bez zobowiązań, z dala od internetu, bez większych planów i napięć, bo przecież w długie, letnie dni zdążymy zrobić wszystko, a możemy też poprzestać na niczym.
Widać tu już pewien zamysł, zakrawający na brak ambicji globtroterskiej. Otóż w wakacje nigdy nie paliłam się do podróży i zwiedzania. Rajd z plecakiem po miastach, spanie na kempingach, codzienne ustalanie marszruty, przygody w trasie i przypadkowe środki transportu - brrr, to nie dla mnie. Zawsze ze zgrozą czytam wakacyjne sprawozdania nieustraszonej redaktor Węcławek z rozmaitych pięknych miejsc niedostępnych dla leni jak Pewna Osoba, która na O się zaczyna, a na A kończy. Pewna Osoba lubi co wieczór wziąć gorący prysznic i mieć pod ręką czajnik z wrzątkiem na herbatę oraz ulubioną smażalnię czegokolwiek (wszystko, co smażone, jest smaczne, to znana prawda) w zasięgu wzroku i portfela. Bardzo chciałabym zobaczyć duże, europejskie miasta (ostatnio uświadomiłam sobie, że nie widziałam żadnego - nie mogę powiedzieć, że znam Paryż lub Berlin z perspektywy innej niż dworce kolejowe i autobusowe, z których trasa wiodła na prowincję), ale nie mam siły.
Po całym roku pracy na etat i roztrzęsienia między kilkoma zleceniodawcami, po pobudzaniu mózgu do najwyższej gotowości, żeby nad tym wszystkim zapanować i nie oszaleć, w wakacje marzę tylko o spokoju i braku niespodzianek. Podróż z punktu A do punktu B i maksymalnie długi w nim pobyt, bez konieczności planowania, pilnowania, obliczania budżetu. Chcę zredukować ilość podejmowanych decyzji do minimum. Kiedy rodzice w prezencie ślubnym zaproponowali mi wymarzony tydzień w Barcelonie, szalałam z radości. Przez mniej więcej kwadrans. A potem zaczęły się problemy w mojej głowie. Hotel? Hostel? Jak znaleźć tani lot? Jak poruszać się po mieście? Gdzie jeść? Jak drogo tam będzie? Czy będę się dobrze bawiła, czy zje mnie stres organizacyjny i oglądanie każdego euro zanim oddam je w ręce Katalończyków? Nie mam natury obieżyświata, który wszędzie czuje się u siebie, lękam się obcych miejsc. Lubię znać, lubię wiedzieć. Ostatecznie miesiąc miodowy (zredukowany do dwóch tygodni) spędziłam na Korfu. Biuro podróży dostarczyło mnie prosto do hotelu, spędziłam mnóstwo czasu pływając w morzu, obserwując kraby i jedząc frytki, było idealnie. Nie miałam poczucia, że za każdym rogiem czekają atrakcje, które powinnam zobaczyć, skoro już wydałam masę pieniędzy, żeby być w ich pobliżu. Wyspa jest na tyle mała, że bez większego ciśnienia zobaczyłam wszystko, co chciałam, w dodatku poruszając się wynajętym za grosze rowerem. Czy Barcelona zapewniłaby mi podobny spokój ducha? Wątpię.
I tak mogłabym trwać w leniwych wyjazdach letnich do końca życia, gdyby nie córka. Z powyższych akapitów wynika już chyba nader jasno, że nie jestem typem matki, która wrzuciłaby niemowlę w chustę i wyruszyła przemierzać autostopem Bliski Wschód, a za rok uzupełniła doświadczenia o Daleki. Nie. Wraz z pojawieniem się dziecka moja tęsknota za leniwym komfortem i dniem bez podziału na zadania wzrosła niepomiernie (oraz, oczywiście, pozostała całkowicie niezaspokojona). W pierwszym roku życia Grety wakacje przepadły - wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim i nie miałam wolnych dni do wykorzystania, trochę pokrążyliśmy więc po miejskich parkach, urządziliśmy kilka wypadów typu "Jednodniówka w Żyrardowie czyli poznaj swoje województwo, bo jest tanie i blisko" i tyle. Postanowiliśmy wynagrodzić to sobie w roku kolejnym lecąc na Rodos. Dziecko do drugich urodzin liczone jest jeszcze jako prawie-gratis, znalazłam niezłą ofertę, co może się nie udać? Hm. Wakacje wymarzone zderzone z rzeczywistymi... Bolesna kolizja, nie powiem.
Przede wszystkim, tani hotel jest tani. To, co nie przeszkadzało dwójce dorosłych, zaczęło doskwierać rodzicom z dzieckiem. Do plaży nieco daleko, bo hotel w polu - normalnie nie zauważyłabym tej trasy, ale pchając w upale wózek z rozmaicie usposobionym dzieckiem zaczęłam liczyć wszystkie metry dzielące mnie od brzegu morza. Którego to morza córka panicznie się bała, bo w porywistym, rodyjskim wietrze szumiało i ryczało przez cały tydzień naszego pobytu. Ulubiony element wakacji, przesiadywanie w morskiej bryzie, mieliśmy więc generalnie z głowy. Co pozostało? Hotel na uboczu miasteczka składającego się z dwóch barów i supermarketu. I hotelowy plac zabaw, dość zrujnowany (czy jako singielka patrzyłam na infrastrukturę zabawkową? Ha ha ha!). Co z tego, że legendarna Dolina Motyli znajdowała się 10 km od nas? Dystans, który spacerem pokonałabym kiedyś pierwszego dnia (mimo znacznej różnicy wzniesień) stał się nie do przebycia w upale i z wózkiem. Podobnym wyzwaniem były średniowieczne, brukowane uliczki starówki stolicy wyspy.
Uwaga, ci, którzy już zgrzytacie zębami, sycząc: "Przecież da się!". Pewnie, że tak. Ale przypominam, że dla mnie wakacje to relaks, a nie kombinowanie w strumieniach potu i sprawdzenie, czy dziecko odwodniło się już, czy nastąpi to za godzinę, bo jakimś cudem nie chce ani wody, ani soku. Nie muszę też dodawać, że dla Grety nie istniało pojęcie "Śpimy dłużej, mamy urlop". Siódma rano, dzień dobry, co dziś porobimy z dala od twojego ukochanego morza, mamo? A kiedy wieczorem udawało nam się utulić ją do snu w turystycznym kojcu osłoniętym moskitierą z prześcieradła (w tanim hotelu siatki w oknach były dziurawe) cóż nam pozostawało? Przecież nie wycieczka do baru na drinki all inclusive, nie nocny spacer po plaży, nie wypad na lokalne disco, ani dziki seks z dziecięcym łóżeczkiem u wezgłowia. Wystarczy jednej porwanej Madelaine. Wszystkie wieczory spędziliśmy na balkonie z widokiem na kuchnię, czytając książki i starając się nie myśleć o kolejnym dniu zabawiania dwulatki na ograniczonej przestrzeni. Tyle wolności, tyle relaksu, a wszystko to za, koniec końców, niemałą kwotę. Wróciliśmy nieco rozczarowani - równie dobrze wypoczęlibyśmy (lub raczej równie dobrze byśmy padli) zostając w domu i korzystając z miejskiej plaży, a pieniądze przeznaczając na dobre obiady na mieście zamiast brei z podgrzewaczy.
W tym roku skłonna byłam mimo wszystko powtórzyć traumę (zimna wiosna wzbudziła we mnie pragnienie wyjazdu na południe), ale sprawdziłam ile kosztuje wyjazd z dzieckiem, które płaci już prawie pełną stawkę i zdębiałam. Tydzień wakacji w podrzędnym hotelu nie jest wart moich dwóch pensji, pobyt w dobrym za kolejne wielokrotności wypłaty - tym bardziej. Dlatego zdecydowaliśmy z mężem, że wakacje spędzimy bez stresu w trybie staromodnym i minimalistycznym. Jedziemy do miejscowości Urle, podupadłego kurortu nad rzeczką Liwiec, 40 km od domu. Wynajmujemy pokój w willi z ogródkiem. Podróż zajmie nam godzinę, do bagażnika uprzejmie występującego w roli szofera taty zmieści się pół domu, w tym wszystkie puzzle Grety, jej modelina, ciastolina, piankolina i świnka Peppa wraz z rodziną i domem. Na miejscu nie ma nic. Nic do zwiedzania, nic do objeżdżania, nic do oglądania. Plac zabaw. Łączka. Rzeczka. Bar. Sklep spożywczy. Żadnego miotania się w atrakcjach, żadnego poczucia żalu, że motyle tam, a ja tu. Prosty, skuteczny wypoczynek. A co jeżeli będzie padało? Zadzwonię do taty (jako dojrzała 33-latka oczekuję, że tata uratuje mnie w większości transportowych tarapatów) i w godzinę wrócimy do domu.
Tak, wiem, Urle czy Rodos, i tak będę musiała wstawać razem z córką, smarować ją kremem z filtrem i bawić się w dziesiątki głupich scenariuszy. Wieczorami tak samo będziemy siedzieć z mężem na tarasie i czytać książki, pochrząkując do siebie porozumiewawczo znad kawy i herbaty. Ale przynajmniej nie wydam na to małej fortuny i nie przemierzę połowy Europy dla kilku wątpliwej jakości zdjęć na tle lazurów południowych mórz i narastającego poczucia, że bardzo mocno za nie przepłaciłam.
Nie przegap najciekawszych artykułów! Kliknij obserwuj Kobieta.gazeta.pl naGOOGLE NEWS