Dominika Węcławek

Książki dla dzieci w wieku 0-4 lat: jesli nie Bukowski, to co?

05.07.2013 13:02
A A A Drukuj
Jak wcześnie należy zacząć czytać książki z dzieckiem? Wszyscy, którym na sercu leży rozwój intelektualny mikroludzi powiedzą, że jak najwcześniej. Może "Hollywood" Bukowskiego nie jest najlepszą lekturą na pierwsze wspólne, głośne czytanie z niemowlakiem, ale nie popadajmy w rozpacz (jest przecież i Bukowski dla dzieci. Żarcik). Wraz z koleżanką Anią Oką postanowiłyśmy Wam opowiedzieć, co zadziałało w przypadku naszych dzieci. Tych skrajnie entuzjastycznych, jak i tych zdecydowanie bardziej wymagających.

Mgliście tu, czarno tam

"Książeczka edukacyjna" - brzmi jak masło maślane, ale wbrew pozorom to określenie ma sens. Zwłaszcza, gdy pod lupę bierzemy pierwsze lektury naszych dzieci. Kolorowe, pełne misternych detali - wreszcie mali ludzie, małe oczka, cała główka malutka i paluszki też mikre, to i obrazki małe No właśnie nie, takie nie powinny być pierwsze książeczki. W 2013 roku ta kwestia wydaje się być już wystarczająco omówiona. Nawet w 2004 było to dosyć jasne. Dlatego pierwsze książeczki mojego syna bazowały na prezentowaniu wielkich, czarno - białych ilustracji przedmiotów i zwierząt. Nie wywoływały co prawda takiego entuzjazmu jak szelest wydawany przez miękkie, materiałowe strony, ale miałam poczucie spełnionej misji. Potrzebuje czarno-białych pasków i kwadratów do lepszego rozwoju - to je ma. Niech patrzy. Skromna kolekcja dziewiarskiej literatury, bardzo "rzeczowa" - tu ukłony w stronę babć i rodziny z zagranicy przetrwała i została przekazana, niczym skarb rodowy - młodszej siostrze. Z nią oczywiście musiało być inaczej. Szelest, srelest, daj mi spokój - tak bym opisała reakcję na te pozostałości po bratu. Za to fantastycznie zadziałała rynkowa nowość, pierwsza, świeżo wówczas wydana książeczka z serii "Oczami maluszka". Nazwa mnie nieco zbrzydziła swoją słodkością, na szczęście produkty ma konkretne. Cztero, pięciomiesięczna córka reagowała wręcz podręcznikowo na prezentowane obrazy. A i karton przetrwał jej zapędy konsumpcyjne. Czyli da się. Dobry, polski produkt. (DW)

Seria Seria "Oczami maluszka"

Pewniak

Arcydzieło - boję się tego słowa, ale w przypadku „Bardzo głodnej gąsienicy” Ericka Carle jest nie do uniknięcia. Oto książka, którą możemy śmiało podarować rocznemu dziecku. I to nie tylko z powodu kartonowych stron, czy wygodnego formatu. W tej prostej książeczce znalazłam wszystko, czego mogłabym oczekiwać a nawet to, czego na początku nie dostrzegłam. Tekst jest prosty, historia bez udziwnień, ilustracje słoneczne. Jest zabawa formą - dziurki, krótsze strony. Jest masa niezgrzytającej w zębach rodzica edukacji: liczenie, dni tygodnia i przede wszystkim cykl życia gąsienica-kokon-motyl. A jak ktoś bardzo potrzebuje morału czy przesłania, to proszę uprzejmie - opowieść jest o tym, że każda poczwarka może przeistoczyć się w pięknego motyla. Tyle wynurzeń rodzica. Klara zwyczajnie pokochała „Gąsienicę” od pierwszego wejrzenia, a należy do dzieci, które nie mają cierpliwości do książek. W berlińskiej księgarni wspólnie oszalałyśmy, bo okazało się, że po niemiecku można kupić przynajmniej pięć różnych formatów książki, od wydania A3 do wersji kieszonkowej nieco większej od pudełka zapałek. (AO)

"Bardzo głodna gąsienica"

Lalo, Ela i Maks

No i jeszcze Igor. To nasza ulubiona ferajna. Banda dzieciaków, które nie zachowują się może jak ta grzeczna Ala, albo Tomek i Zuzia, którzy zawsze mają piękne ubranka, grzecznie siedzą przy stole, a po skończonym posiłku po cichu wstają od stołu, odkładają talerze. Ela potrafi się nadąsać, swoim eleganckim strojem obdziela domową menażerię, a sama wkłada biały podkoszulek i kapelusz dziadka. Maks czasem z ciekawości założy swoją pieluszkę psu, albo po prostu pokłóci się z najlepszą koleżanką o autko. Igor lubi się pobawić lalkami z dziewczynami z przedszkola i nikt z tego powodu nie robi dramatu. I to mi się w tych książeczkach podoba. Są bardziej o dzieciach z krwi i kości, dzieciach, które są ciekawe świata, czasem psotne i często mają swoje wizje tego, jak coś powinno być zrobione. Ale ukochane książeczki mojej córki opowiadają o przygodach Lalo, Binty, Ajszy, Babo i pozostałych domowników. "Babo chce! Tam! Jechać wózkiem! Daleko, daleko." Tak zaczyna się jedną z nich. Pisane są krótkimi, prostymi zdaniami. Czasem składają się z samych wyrazów dźwiękonaśladowczych, mają dużą, wyraźną czcionkę. I to jest to, co rocznemu, czy dwuletniemu dziecku bardzo się podoba. Są estetyczne i dosyć szybko stały się tymi lekturami, które Olga "czyta" z pamięci sama. Bawi ją uciekający dzik, rozczula się nad śpiącą rodzinką, podpatruję, co jedzą na śniadanie i ciekawi się różnym wyglądem poszczególnych bohaterów. Uwielbia tę serię do tego stopnia, że dosłownie postanowiła ją pożreć w całości... No i mamy dramat. Szkoda więc, że papier w tych książkach dla najmłodszych nie jest laminowany. (DW)

Japońskie laleczki

Wcale nie zamierzałam kupować „AOKI” Annelore Parot. Uznałam, że moja niespełna trzyletnia córka jest na nią za mała. Było to na targach książki, więc doszukałam się wielu innych tytułów, które uznałam za lepsze na ten wiek. A jednak mój syn się uparł i przywiózł Klarze książkę, której bohaterkami są laleczki kokeshi. Moje propozycje poszły w kąt. Przyznaję, od „AOKI” nie można się oderwać już na etapie pięknej, przeszywanej okładki. Potem jest coraz ładniej, ale nie do przesłodzenia. Są okienka, rozkładanki i niespodzianki, jest nawet świecące w ciemnościach drzewo wiśniowe. Jest tysiąc drobiazgów. Naprawdę tysiąc, niektóre odnajdujemy jeszcze teraz, po półtora roku. Ale co najważniejsze, wszystko jest absolutnie japońskie. Ubrania, sushi, karpie, oczy, słodycze, słowa, zwyczaje, pociąg Shinkansen. Ta książka, jest dla dziecka jak prawdziwa podróż. Klara kocha ją nieodmiennie do tego stopnia, że kiedyś mój syn nagrał jak o niej opowiada. Mało można zrozumieć, ale widać, że „AOKI” ma szansę na tytuł „ukochanej książki z dzieciństwa”. (AO)

Wyobraź sobie, bo możesz

Do dziś zastanawiam się, co takiego wyjątkowego jest w książeczkach o przygodach małej Niny, że spodobały się najpierw mojemu synowi, a teraz mojej córce. Dawniej myślałam, że to po prostu wyobraźnia autorki, polskiej ilustratorki i pisarki Karoliny Lijklemy. A także duże, choć nie pełne podobieństwo miejsc namalowanych na ilustracjach, do tych rzeczywistych. Ale Olga jeszcze nie jest tak świadoma swego miasta. Nie interesuje jej nawet treść czytana na głos. A jednak od pewnego czasu domaga się tego, by "Patrzcie, morze" i "Mikołaju, czekam" gościły regularnie wśród wieczornych lektur. Podpatruję więc, co w nich lubi. Przede wszystkim oglądać te miejsca zwyczajne i niezwyczajne: miasto nad którym unosi się balon, mikołaja, który musi jechać metrem, plac zabaw, który szybko zmienia się w nadmorski kurort Żadna inna zwyczajna historyjka o potędze fantazji nie interesuje jej tak bardzo. Wygląda na to, że Karolina Lijklema, po prostu wie jak tworzyć dla dzieci. A historie? Proste, niezbyt długie, w zasadzie idealne dla kilkulatka, tego młodszego, by ćwiczył skupianie się na historii, tego starszego- by pierwszy raz mierzył się z czytaniem całości samemu.(DW)

"Patrzcie, morze"

 

Przyjaciółka z Korei

Perełka wśród książek dla trzyletnich dziewczynek, czyli „Klara i Hanui” Lee Hyun Kyung. Przyznaję, że kupiłam ją na szybko dla kolorów i tego, że bohaterka ma na imię tak jak moja córka. Znalazłam przypadkiem, na najniższej półce księgarni, wciśniętą między jakieś okropności, więc nie spodziewałam się rewelacji. Dopiero w domu dotarło do mnie całe piękno ilustracji i poetyckość historii. Co najważniejsze moja córka też siedziała zauroczona. I to nie tylko przy pierwszym czytaniu. „Klara i Hanui” to niesamowita opowieść o przyjaźni dwóch dziewczynek z różnych światów - Polski i Korei. Moja Kla powiedziała, że w tej książce jest pięknie jak we śnie, że kiedyś pojedzie do Korei i też narysuje takie obrazki. Lepszej reakcji na lekturę nie mogłam się spodziewać. Ta pozycja jest godna polecenia również z powodu ceny - 19 złotych. (AO)

 

"Klara i Hanui"

Komiks, animacja, atrakcja

"Louis na plaży" autorstwa świetnego twórcy autorskich powieści graficznych Guya Delisle, to doskonały pomysł na pierwszy komiks dla dziecka. A dlaczego dobre komiksy są genialnym pomysłem dla dzieci? Bo uczą kilku rzeczy na raz. Po pierwsze pokazują małym czytelnikom związki przyczynowo- skutkowe. Po drugie pozwalają na zabawę w "znajdź różnicę" między poszczególnymi kadrami, po trzecie będąc historyjkami opowiadanymi za pomocą obrazów ułożonych w określonym porządku - uczą dziecko właściwego sposobu odczytywania informacji ( od lewej strony kartki do prawej). Dodatkowo komiks o przygodach małego Louisa jest po prostu uroczą, lekko ironiczną (ale wyłapanie tego pozostawiam raczej rodzicom), a na dokładkę również ładnie narysowaną opowiastką o wyprawie dwóch mężczyzn. Albo dwóch chłopców. No, dobra... Ojca i syna nad morze. Jeden dzień z życia: od porannej pobudki, przez jazdę autem w stronę kurortu, lody, zamki z piasku, podmorskie przygody, po powrót do domu na kolację. Trzylatki i dzieci starsze zapewne mocniej skupią się na odczytywaniu całej opowieści, córkę wciągały pojedyncze kadry i detale. Dopytywała o powody konkretnych zachowań i o to, co jeszcze mogło zdarzyć się potem. Oboje dzieci ucieszyła też mini animacja dodana do komiksu. Animacja, którą każdy czytelnik może wyświetlić sobie sam:) po prostu Delisle, będąc ojcem(jak twierdzi, mocno niedoskonałym) z myślą o ciekawskich czytelnikach stworzył na rogach każdej ze stron miniaturowe obrazki, które podczas szybszego wertowania komiksu ożywiają. Czysta magia. (DW)

"Louis na plaży"

Dominika Węcławek

Dziennikarka kulturalno-popularna, scenarzystka komiksowa, matka dzieciom: córce i synowi, i czasopismu "Bachor". Jednym słowem: robot.

Stała korespondentka National Geographic Travelera, pani od cudów w Monotype Records, redaktor naczelna nowego kwartalnika muzycznego M/I.

Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

Komentarze (3)
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX