Aleksandra Zielińska

Pięć filmów - wydmuszek, czyli jak robię sobie dobrze w mózg - wstydliwe wyznania

18.07.2013 20:02
A A A Drukuj
Będąc podatną i chętną mam w głowie listę filmów, którymi raczej nie należy się chwalić w intelektualnych dyskusjach między wyrobionym towarzystwem, nijak rzucić opinią o nich i nawiązaniem do dzieł pokrewnych, wdzięcznie przy tym balansując szklanką z drineczkiem.

Tak sobie ostatnio bardzo ą ę i z wysoka wyrzekałam na popkulturę, a właściwie zaznaczałam, że nie rozumiem fenomenu pewnej melodyjki (wiecie, teraz jest modnie zaznaczyć, że się tego i owego nie zna i nie rozumie, nie kojarzy i w ogóle nie wygląda się zza omszałych tomów, rzecz jasna wszystko to obwieszcza się publicznie i online, bo co za sens być ponad, skoro niżej nikt nie słucha). Przyszła teraz pora na pokajanie się i uczynienie wstydliwego wyznania - jestem równie ponad, jak zdolna do nauk ścisłych. Ja też ulegam. Poddaję się łatwo i czasem bardzo tanio. Wystarczy parę ogranych od wieków chwytów, żebym wzruszała się jak na komendę, roniła łzy jak Hormonalna Henrietta i wpadała w entuzjazm jakbym pierwszy raz zobaczyła wielki ekran. Doprawdy, tylko się cieszyć, że producenci filmowych przebojów nie przekazują mi podprogowo imperatywu skakania przez kółko. Z kokardą na ogonie. Jeszcze nie przekazują.

Będąc podatną i chętną mam więc w głowie listę filmów, którymi raczej nie należy się chwalić w intelektualnych dyskusjach między wyrobionym towarzystwem.

Będąc podatną i chętną mam więc w głowie listę filmów, którymi raczej nie należy się chwalić w intelektualnych dyskusjach między wyrobionym towarzystwem, nijak rzucić opinią o nich i nawiązaniem do dzieł pokrewnych, wdzięcznie przy tym balansując szklanką z drineczkiem, no chyba, że zależy nam na sznycie wczesnej Bridget Jones i lubimy, kiedy po naszych oświadczeniach zapada zażenowana cisza.

Nie rzucam więc i nie nawiązuję, o ile umiem się powstrzymać. Ale listę mam i pielęgnuję. I wracam, ciągle wracam. Jeżeli nie do całości, to choć do fragmentów. Zawsze sama. Zawsze w nieciekawym nastroju, który wymaga szybkiej poprawy, zawsze z jakimiś myślami do przyduszenia i wyrzucenia z głowy. Zawsze z lekkim poczuciem winy, bo w końcu mogłabym poświęcać czas czemuś bardziej ambitnemu. Inni poświęcają. A ja co?

A ja po raz kolejny tłukę "Wojnę domową" ("Easy Virtue"). Bo jestem zupełnie nieodporna na urodę i bezpretensjonalność tego klimatu. Bo urzeka mnie obsada. Bo wybaczcie, uważam, że Jessica Biel jest urocza, a w tych kostiumach i tej oprawie muzycznej urocza jest podwójnie. Jej tango z Colinem Firthem rozkłada mnie na łopatki i wywołuje panieński rumieniec. I owszem, płakałam ze śmiechu na prostackiej z założenia scenie z pieskiem. Bywa.

A ja włączam ulubione fragmenty z naprawdę sztampowego i banalnego "Uśmiechu Mony Lizy" i oglądam z niesłabnącą przyjemnością, przy czym rola Julii Roberts zachwyca mnie tu najmniej. Bardzo lubię Julię Stiles, cokolwiek gra. Lubię jej lekko krzywy uśmiech i nieco cierpki wdzięk. Jeszcze bardziej lubię Maggie Gyllenhaal, za jej brata, ups, przepraszam, za inteligentną urodę, nienachalne aktorstwo i radość życia w każdym geście i spojrzeniu. Mam trochę w pięcie głęboką poprawność polityczną przekazu filmu (w skrócie: uczcie się, dziewczęta, mąż i wypasiona kuchnia szczęścia nie dają, ale nade wszystko bądźcie sobą), mnie po prostu kręci pięknie oddany nastrój żeńskiej uczelni w latach 50, muzyka, kiecki, naiwny rysunek postaw i schematów. Jak będę chciała pogłębionej analizy sytuacji społecznej kobiety w tym okresie, to wiem, gdzie się udać, na razie chcę tylko, żeby było mi miło, więc:

A ja, nie przepadając na ogół za Allenem, wracam do tego, co nakręcił, kiedy stępił mu się pazur i wysechł nieco strumyczek intelektualnego jadu. "O północy w Paryżu" to wydmuszka modelowa, pretekst, kaprys, żart i puszczanie oczka, a ja się kompletnie rozpływam przy tych, szalenie umownych i zbyt bajkowych latach 20. Bardzo rozumiem tęsknotę do tej uproszczonej wersji, bardzo lubię oglądać kobiety w takiej oprawie, bardzo mnie wzrusza Zelda, bardzo śmieszy Hemingway. Ładnie, ze smakiem, ciepło, bezboleśnie. Wiem, nieambitnie. Wiem.

A ja, jakby nic lepszego nie nakręcono przez te dekady, rozczulam się nad znanym na pamięć "Orłami Temidy". Z tylu, tylu powodów. Wśród nich nie najmniej ważnymi są: prochowiec Redforda, łóżkowe oczy Debry Winger, ładnie kontrastujące z zapiętymi pod szyję bluzkami, doskonale zagrana, bijąca w oczy, ujmująca głupota i pokręcenie Daryl Hannah, ach, kocham się w tym filmie, od pierwszej sceny, pierwszej nuty. Całym sercem identyfikuję się z nimi, kiedy stepują w ataku bezsenności, wyżerają w nocy z lodówki, umierają na kaca. Po kilkanaście razy odtwarzam moment, kiedy ona pokazuje mu, jaką on minę robi w sądzie, kiedy on patrzy na performance blondynki, kiedy kłócą się o szuflady. Cenię czasem ostre pokazanie tabu bez osłonek, ale te czasy, kiedy aż iskrzyło od chemii między bohaterami, mimo, że całkiem ubrani stali od siebie o parę metrów - też nie były takie strasznie złe.

Na koniec parę słów o filmie, który urzekł mnie całkowicie wbrew mojej woli i który oto umieszczam na liście ulubionych wydmuszek, już czekam, żeby obejrzeć jeszcze raz. A przecież przez pierwsze pół godziny "Wielkiego Gatsby'ego" siedziałam zdjęta grozą i obrzydzeniem, zastanawiając się jak i kiedy cichcem umknąć. Widzicie? Dałam się złapać, złamać, omamić, wciągnąć. Przestałam uważać, że mąż Zeldy obraca się w grobie. Uległam, wzruszyłam się, zapatrzyłam. Ogłuchłam na zgrzyty, oślepłam na nachalność konwencji. Ponieważ tak właśnie wyobrażałam sobie Daisy, była idealna, z tym wilgotnym spojrzeniem, sprzedajną kruchością, mózgiem i moralnością kolorowego motylka. Ponieważ nie trawię DiCaprio, a tu mnie poruszył, prawie do łez. Ponieważ pasuje mi wulgarnie podkręcony rytm charlestona.

Ponieważ będąc całkowicie odporną na melancholię Lany Del Rey - od kilku tygodni mam w głowie jedną melodię. I ponieważ jestem ciekawa, ile razy muszę wysłuchać: " - I'm certainly glad to see you again. - I'm certainly glad to see you as well."  żeby wreszcie prysnął czar. I żebym mogła obejrzeć coś bardziej ambitnego.

Aleksandra Zielińska

Spożywa, przeżywa, nadużywa.
Ruda i zła.
Jak dorośnie - chce być koszulą Alana Rickmana.
Albo sprzątaczką w HBO.
Palestra jest jej głęboko wdzięczna za porzucenie zawodu wyuczonego na rzecz rzeźbienia dialogów do seriali. Całe życie między "lalalilią" a "miau, mać". Ma kota, bliźniaki i kredyt.

Zobacz więcej na temat:

Komentarze (42)
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: mi

    Oceniono 2 razy 2

    Gatsby - moja miłość. Odkryłam go przed wiekami w czasach pierwszej mojej młodości, ryłam sobie mózg książką, ryłam filmem, ale starą wersją z Redfordem nieśmiertelnym , a wczoraj postanowiłam dokonać porównania z Leonardo. No nie dam rady - doszłam gdzieś do 20 minut i poddałam się. Nie moje klimaty.
    Co nie znaczy, że nie lubię od czasu do czasu wprowadzić się w ten stan który opisujesz. W ubiegłym tygodniu wprowadzałam się przez trzy dni począwszy od wtorku bodajże i tak po kolei- Cztery wesela i pogrzeb z emocjonalną Henriettą w tle, w środę Bridget (no i dobra okazja żeby popatrzeć na Colina:), w czwartek stare Dirty Dancing, a dla wzmocnienia efektu zapuściłam sobie jeszcze później She,s like a wind :) To wszystko plus wino i zimne piwo bardzo dobrze mi zrobiło. Jestem jak nowo narodzona .
    Na mojej liście są jeszcze Syreny z Cher i Winoną, Pożegnanie z Afryką (choć to chyba nie taka wydmuszka w sumie) no i oczywiście Rozważna i romantyczna :)
    Ja się przyznaję bez wstydu, że lubię czasem się odmóżdżyć. Mój mózg, moje prawo :)

  • izaizaiza333

    Oceniono 2 razy 2

    PS. Chetnie przeczytalabym taka sama liste, jesli chodzi o ksiazki - ledwo o tym pomyslalam, a na mojej juz sie pojawily: "Blekitny zamek" L.M. Montgomery, "Fotografia" Penelope Lively, "Wichrowe wzgorza" Bronte, etc., etc ;-)))/

  • Gość: madam z.

    Oceniono 1 raz 1

    O, w punkt - szukałam właśnie nowych filmów do rezania sobie głowy. Adaptacje Austen i Bronte w postaci miniseriali seriali BBC (Jane Eyre z 2006 najlepsza!) już mi się z lekka przejadły, John Hughes też już nic nowego nie nakręci (żena roku - uwielbiam "Sixteen Candles"), a żadnego z powyższych nie widziałam. To se zapoluję i obejrzę, a co!

  • bugatti

    0

    "O pólnocy w Paryżu" - trzy razy tak! Właśnie za tę konwencję, za baśniowość. "Desperado" - bawi mnie od lat jako najlepszy pastisz filmów akcji. "Lepiej być nie może" - za bezczelny brak poprawności politycznej, choc fabuła nader ckliwa i taka ... amerykańska.
    Uwielbiam serial "Poirot" - z Davidem Suchetem, chociaż film dostawał od Konrada Zarębskiego niezmiennie po dwie gwiazdki...

    Zażenowana czy żenująca cisza? Hej, hej, nie jestem hejterem, uprzejmie pytam, czy to może też taka konwencja? :-)

  • izaizaiza333

    0

    A dlaczego tylko piec?? Nie, no, poprosze jeszcze co najmniej z 15 typow ;-)).
    Tych w wiekszosc nie znam, wiec obejrze z przyjemnoscia ("Orly Temidy" widzialam w malolactwie, wtedy tez mnie urzekl, a dzis juz niemal nie pamietam, o czym byl, koniecznie musze sobie powtorzyc :-)) ).

    Sama mam swoja gromadke i przyznaje sie do niej bezwstydnie, a moze nie powinnam ("Dzien Swistaka" zajmuje od lat pierwsze miejsce i tak juz chyba zostanie ;-))) dalej jest jeszcze gorzej ;-)))) ).

  • Gość: agata

    Oceniono 8 razy -2

    takie to trochę pańciowe. z lekką nutą hipokryzji. bo sorry, co w tym złego, że wielki mysliciel gustuje czasem w kiczu? to aż tak źle, że trzeba się z tym obnosić jak ze wstydem?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Na FochForum