Aleksandra Zielińska

Nie chcę być szefem. Proszę, nie zmuszajcie mnie, nieee!

17.06.2013 12:50
A A A Drukuj
Żeby nie było, ludzi umiejących, lub tylko dających radę - w obliczu konieczności - szefować, trwożnie cenię i zazdrośnie podziwiam. Tak już mam, wobec umiejętności, które są mi całkowicie obce, a wydają się być lukratywne i nośne. Może bym i chciała. Ale nie umiem.

Rewelacyjne szkolenie! Po naszych kursach zostaniesz szefem! Dość tyrania przy cudzym biurku, zrobimy z ciebie lidera, satysfakcja, lub zwrot pieniędzy!

Kuszące. A mogę nie? Dopłacę, serio.

Mało rzeczy bowiem przeraża mnie tak bardzo, jak konieczność szefowania, zarządzania i liderowania. Już w harcerstwie miewałam ochotę wkopać się jak turbina pod polową kuchnię, kiedy nadchodziła konieczność zebrania, ogarnięcia i zdyscyplinowania dowolnej grupy ludzi w dowolnym wieku. Przypadłość tylko się pogłębiła, kiedy popadłam we freelancerkę (a w uszach dzwoni Agnieszki Osieckiej "popadłam w alfonserkę", mózgu, siad).

Wiadomo, człowiek tkwi w domu, trzaska zlecenia, gada tylko z kotem, lub z czterolatkami i sukcesywnie dziczeje. Co się przekłada na stopniową utratę zdolności przywódczych, jeżeli nawet uprzednio jakiekolwiek występowały. Gorsze od szefowania wydaje mi się tylko kilka opcji, wśród nich jest publiczne prowadzenie imprez (wiecie, mikrofon, estrada, próbuję zachęcić obecnych do radosnego węża), pilotowanie wycieczek (widzę, jak w ósmej minucie wykonuję chlup do Sekwany, a wszyscy stygmatycy z obsesją ocieractwa pozostają bez przewodnika, lecz i tak zdobywają miasto) i zawód wychowawczyni w przedszkolu (odpowiednie przyćpanie wydaje się załatwiać wiele problemów, jednocześnie ujmując kompetencji).

Żeby nie było, ludzi umiejących, lub tylko dających radę - w obliczu konieczności - szefować trwożnie cenię i zazdrośnie podziwiam. Tak już mam, wobec umiejętności, które są mi całkowicie obce, a wydają się być lukratywne i nośne. Może bym i chciała. Ale nie umiem. I już się chyba nie nauczę.

smart blogSzefowa... cha, cha, cha! (czuje czaczę)

Serio, potraficie? Ogarniać zespół całkowicie różnych osobowości, zespół, w którym statystycznie prawie na pewno znajdą się: i prymusik-kujonek, i pożyteczny nieudacznik, i primadonna, lecz z intuicją do klienta. I skuteczny, lecz psychopata i fajny człowiek, lecz ze skłonnością do wkurwu. I świr bujający się na krawędzi pierwszego zawału, lecz mistrz PR. I Hormonalna Henrietta, jednocześnie zdolna sekretarka. I laska ukrywająca ciążę, lecz mistrzyni tabelek i facet ukrywający problem z prostatą, lecz punktualny. I ktoś czyhający na wasz stołek, lecz wasz dobry kumpel jednocześnie. Jesteście w stanie tych ludzi koordynować i zmusić do działania, a czasem gorzej - współdziałania? Dajecie rade z PMSem jednej i kryzysem wieku średniego drugiego z nich? A jak ta dwójka się zetnie i skrzyżuje w powietrzu ostrza fochów? Ojezu, słabo mi na samą myśl.

Ja nie chcę, nie umiem, boję się i mam mdłości. Chcę sobie cicho siedzieć przy moim biureczku, nikomu nie przeszkadzać, wykonywać polecenia, nikogo nie ruszać, nikomu nie rozkazywać, reperować prymus, pomnażać PKB. Chcę milczeć, dłubać, wysyłać w porę, tylko nie zmuszajcie mnie do interakcji. Przysięgam na głowę mego kota, nikomu nie wyjdzie na dobre szukanie we mnie zdolności przywódczych i innych ukrytych zalet.

Wiem, brak mi ambicji i chęci rozwoju. Lecz czy nie lepsza moja pokora i samoświadomość od niewłaściwie obsadzonego szefa, który w piękny, czerwcowy poranek, pełen światła, słońca, delikatnego wietrzyka i pylących roślin wkracza (szef, nie poranek) zbrojny w Uzi do ołpenspejsu i demokratycznie jedzie po wszystkich? Tak tylko pytam, wiecie.

[Dopisek red.nacz.: gdzie moje Uzi do cholery?!]

Aleksandra Zielińska

Spożywa, przeżywa, nadużywa.
Ruda i zła.
Jak dorośnie - chce być koszulą Alana Rickmana.
Albo sprzątaczką w HBO.
Palestra jest jej głęboko wdzięczna za porzucenie zawodu wyuczonego na rzecz rzeźbienia dialogów do seriali. Całe życie między "lalalilią" a "miau, mać". Ma kota, bliźniaki i kredyt.

Zobacz więcej na temat:

Komentarze (17)
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: madam z.

    Oceniono 2 razy 2

    Nie chcem, ale muszem. Tylko czasami, na szczęście. Miewałam (na szczęście już nie mam) kolegów z męskim PMSem, którym musiałam szefować, walcząc równocześnie z PMSem własnym i ale się działo wtedy! Mam teraz kolegów primadonny i księżniczki obrażone, że trzeba pracować, ale jak nie ma pracy to też źle - biedne misiaczki - i im też czasem muszę szefować. Innymi czasami przychodzących do mnie jako do siły wyższej mogę uprzejmie zganić słowy "Ale serio? Mnie o to pytasz? Jak ja tu siedzę w papierach i świata nie widzę poza nimi?" i jest to bardzo przyjemne uczucie, takie strzepnięcie odpowiedzialności z ramienia. Kocham moje papierki! Nie kocham bardzo urlopowego okresu, kiedy muszę zastępować szefa jako następna w hierarchii - ale to głównie ze względu na nadmiar odpowiedzialności (nie, żebym unikała, ale tu presja pod tym względem jest naprawdę DUŻA). Na szczęście pracuję w firmie, w której nie muszę się bardzo miziać z "podwładnymi" i solidny, niecenzuralny ryk z głębi mych kobiecych trzewi jest tyleż skuteczny, co odbierany jako coś naturalnego (dziwne, nie? Jak przyjdzie mi zmieniać fabrykę, to będzie ból).

  • Gość: xxx

    0

    Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja nie chcę, nie czuję się na siłach i w ogóle odczepcie się wszyscy ode mnie. :P Moi znajomi cały czas planują, marzą, wzdychają do własnych firm, do szefowania i rozstawiania zespołu po kątach, a ja jestem jakaś dziwna, bo o tym nie marzę.

  • Gość: Iza

    0

    Już byłam szefem, okazało się, że wtedy trzeba mieć dużo kontaktu z tzw. górą, przez co niewiele czasu zostaje na to co umiem i lubię... Więc wolę przykręcać te swoje śrubeczki i czasem wykazać się oddolną inicjatywą i uratować komuś tyłek:)

  • kivinen

    0

    Ech, z życia wyjęte. Miałam te same argumenty, co Ty, lepiej, ja je powiedziałam jasno i wyraźnie mojemu szefowi. Poza tym uznałam, że jestem zbyt miękka, ze będą mną pomiatać jak znajdą pasujący kluczyk. I że nie będą szanować. I ogólnie, że zapanuje mi "przedszkole", gdzie każdy będzie wrzeszczał a ja się katapultuję. Szef postawił na swoim, mam dziś ludzi do "zarządzania" (straszne słowo). Jakoś żyję. Jest lepiej niż myślałam. Nauczyłam się przekazywania obowiązków - bałam się, że będzie trudno bo ja tak lubię doglądać ale okazało się, że umiem. Posłałam na szkolenia, przydzieliłam zadania. I nie sprawdzam co pięć minut! Uczę się ufać. Oceniam i jestem oceniana - okazało się, że mnie lubią. Szukam złotego środka - jak być przyjaznym szefem ale nie spoufalać się. Trudne! Chyba najtrudniejsze. No i walczę. O swych ludzi rzecz jasna, jak ta lwica, dorobiłam się nawet strasznego przydomka. Właściwie stwarzam tych ludzi w jakiś sposób, uczę rzeczy, jakich żadne szkolenie nie da, dzielę się wiedzą tajemną. Mam nadzieję, że czują swoją wyjątkowość na rynku pracy - szalenie trudno byłoby mi ich zastąpić. Co naprawdę myślą - nie wiem...

  • Gość: Ola

    0

    Wystarczy wychwycić talent każdego z nich i połączyć to w całość. Postawić cel, który dla każdego jest ten sam- pieniądze (później sukces, samorozwój, awans, poważanie itp...). Dla konkretnego, trafionego celu człowiek jest w stanie współpracować nawet z największym przeciwieństwem :)

  • Gość: aniakuleczka

    0

    Dobrze, że wiesz, że nie chcesz.
    Bardzo wielu ludzi zostaje szefami przez selekcję naturalną w stylu: ten z mózgiem wystąp.
    Ja uwielbiam być szefem. I w miejscach, w których nie powinnam, to mocno muszę się pilnować, żeby nim nie bywać.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Premiera w Kinoplex.pl